środa, 26 kwietnia 2017. Imieniny Marii, Marzeny, Ryszarda

Początki były trudne, ale rundę zakończyli na podium

2016-12-26 14:16:01 (ost. akt: 2016-12-26 10:43:20)
Piłkarze MKS piłkarską jesień zakończyli na 3. miejscu, ale początek wcale tego nie zapowiadał.

Piłkarze MKS piłkarską jesień zakończyli na 3. miejscu, ale początek wcale tego nie zapowiadał.

Autor zdjęcia: Rafał Rypina

- Dla mnie, jako trenera, awans jest sprawą priorytetową. Chcemy wygrać każdy mecz - mówi Zbigniew Marczuk, trener MKS Korsze. Ceniony szkoleniowiec opowiada m.in. o bardzo trudnym początku sezonu i o tym, dlaczego jego drużyna żadnego z meczów sparingowych nie stoczy na własnym stadionie.

Gdy rozmawiamy, MKS wrócił ledwie z turnieju w Pasymiu...
— ...tak, choć - w wyniku innych obowiązków - tym razem nie mogłem towarzyszyć drużynie. Chłopaki jednak świetnie sobie poradzili i po raz kolejny zwyciężyli w Pucharze Kalwa. Sukces oczywiście cieszy, ale mamy też świadomość, że to wyłącznie "przerywnik" od prawdziwej gry w lidze.

I właśnie do niej przejdźmy. Początek sezonu Korsze miały ewidentnie pod górkę. Porażki z Olsztynem, Ornetą, chwilę później z Zatoką Braniewo, ciężkie przeprawy z obecnie ostatnimi w tabeli Warmiakiem i Omulwią... Nie trafiliście z formą na czas?
— To nie tak, że było źle. Przyznaję, w pierwszym meczu ze Stomilem Olsztyn zawiedliśmy na całej linii. Z Błękitnymi natomiast popełniliśmy dwa banalne błędy, po których mieli rzuty karne. Wykorzystali je i przegraliśmy 2:1...

...coś jednak ewidentnie nie grało.
— Na taką sytuację nałożyło się kilka czynników. Przede wszystkim - tuż przed startem ligi straciliśmy jeden z fundamentów drużyny, Dawida Ziembę, który był naszym głównym bramkarzem. Drwęca Nowe Miasto Lubawskie przedłożyła mu dobrą ofertę, a polityka naszego klubu jest taka, że jeśli dany zawodnik chce rozwijać się w drużynach z wyższych lig, to nie zatrzymujemy nikogo na siłę. Dostał więc zielone światło, choć my mieliśmy wtedy pełne ręce roboty.

Jak udało się to rozwiązać?
— Dzień czy dwa przed zamknięciem okna transferowego wypożyczyliśmy z Victorii Bartoszyce Kamila Jaworskiego - również świetnego bramkarza. W praktyce dołączył do nas - jeśli dobrze pamiętam - po 4. kolejce. W pierwszych meczach bronił Marcin Żywiecki, którego pozyskaliśmy z b-klasowego Tytana Łankiejmy. Z Marcinem znaliśmy się już wcześniej. Miał nawet szansę bronić u nas w III lidze czy w meczach pucharowych, gdy wspomniany Dawid Ziemba miał kontuzję.

Bramki jednak wpadały. Dość często.
— Tak, choć w żaden sposób nie można przenosić całej winy na golkipera. Naszej linii defensywnej - w związku z gwałtownymi zmianami - brakowało stabilności. Owocowało to wieloma błędami, których powinniśmy uniknąć. Gdy jednak wszystko się unormowało... Statystyki mówią same za siebie: jesteśmy jedną z drużyn, które straciły najmniej bramek w całej rundzie.

Wydaje się, że "odpaliliście" dopiero po świetnym meczu z liderem - niesamowitym w tym sezonie GKS Wikielec.
— Graliśmy z nimi dokładnie 24 września. Od tamtej pory nie straciliśmy niemal punktu. Zagraliśmy bardzo przyzwoicie, co dało nam mentalnego kopa, ale i niedosyt. Nie strzeliliśmy karnego, zmarnowaliśmy kilka "stuprocentowych" sytuacji. Mogliśmy wygrać. Czuliśmy jednak, że mamy siłę iść do przodu. Chwilę później - w rozgrywkach pucharowych - pokonaliśmy III-ligowy Huragan Morąg. Atmosfera uległa poprawie... i ruszyło.

Kilka dni to nie czas, by coś przetrenować. Metamorfoza odbyła się tylko w głowach?
— Nie nazwałbym tego metamorfozą. Ułożyła się wreszcie defensywa. Kamil wniósł bardzo dużo pewności z tyłu, co pozwoliło mocniej angażować się w grę obrońcom. Zrobiłem też zmiany w samej formacji defensywnej: ustawiłem tam z powrotem Pawła Sawickiego. To taki chłopak, że - na której pozycji go nie postawić - wszędzie świetnie się odnajdzie. Wcześniej widziałem go w środku pola, by kreował poczynania drużyny. Przesunięty do defensywy pokazał natomiast ponownie, że niesamowicie czyta grę, przerywa akcje przeciwnika... Bardzo dobra robota. Swoją bramkę mieliśmy bezpieczną, można było skupić się na bramce rywali...

...pod którą w tym roku błyszczy zwłaszcza Piotr Kozłowski. Zdobył 10 bramek. Nie obawiacie się, że i jego podkupią Wam chwilę przed wznowieniem gry?
— Jeśli tylko Piotrek zechce, to jestem przekonany, że sprawdziłby się dobrze w wyższej lidze. Nie wiem tylko czy w obecnej sytuacji zechce się gdziekolwiek ruszyć: rodzina, małe dziecko... W dodatku prowadzi grupę młodzieżową, jest bardzo mocno związany z klubem. Wyróżniających się chłopaków jest jednak znacznie więcej, nie zapominając też o młodszych takich jak Mateusz Cyliński czy Konrad Juraniec. Trzeba się z tym liczyć, że ktoś dostrzeże ich talent. Wtedy będzie to ich decyzja: nie chcemy stawać na przeszkodzie tym, którzy chcą rozwijać się w wyższych ligach.

Ma Pan już jakieś plany awaryjne, gdyby zabrakło któregoś z kluczowych zawodników?
— Jestem w Korszach już od blisko dwóch lat. Tym, co rzuca się w oczy, jest solidne zaplecze młodych zawodników. Ambitnych, którzy stale się rozwijają. Mamy ten atut, że możemy bazować w dużej części na swoich wychowankach. Wszyscy w jakiś sposób są związani z Korszami. Nawet wypożyczony z Bartoszyc Kamil Jaworski tu zaczynał.

...to dość komfortowa sytuacja. Miejscowi nie potrzebują dojazdów, są bardziej dyspozycyjni. Dla przykładu: Mrągowia Mrągowo oparta jest na zawodnikach dojeżdżających.
— (śmiech) Trafiłeś w klub, którym interesuję się w sposób szczególny. Kiedyś tam zresztą pracowałem. Mrągowia to przeciwieństwo naszego MKS. Są tego plusy i minusy. Z jednej strony bardzo cieszy prawdziwie rodzinna atmosfera. Młodzi zawodnicy, nasi wychowankowie, są z miejsca traktowani przez starszych jak "swoi". To bardzo dobrze, bo zwyczajnie przyjemniej przebywać w zdrowej atmosferze. Z drugiej strony - nieco spada wówczas poziom rywalizacji między zawodnikami. A dla trenera to dość istotne, bo piłkarze ścigający się o miejsce w pierwszym składzie potrafią dać z siebie jeszcze więcej. Powodów do narzekań jednak nie ma.

Wróćmy do ligi. Derby to mecze o szczególnej wadze, wam jednak udało się zwyciężyć i z Reszlem, i z Kętrzynem. Tak szczerze: czujecie się najlepszą drużyną w powiecie?
— Powiedzmy, że czujemy się tak, jak wskazują na to wyniki. To były dość wyraźne zwycięstwa. Po początkowych problemach ustabilizowaliśmy formę, więc zaczęliśmy zdobywać punkty. Były to jednak dwa odmienne mecze. Pamiętam, że z Orlętami męczyliśmy się dość długo. W spotkaniu z Granicą natomiast zdobyliśmy bramkę bardzo szybko, co ustawiło mecz. Mogło być jednak kompletnie inaczej: gdy prowadziliśmy 1:0, Kętrzyn miał "stuprocentową" sytuację, w której niesamowicie odnalazł się jednak Kamil Jaworski, ratując nas przed stratą. Gdyby wówczas wpadła bramka... Mecz mógłby pójść w inną stronę. Udało się i bardzo nas to cieszy. Z Granicą mogliśmy wprawdzie walczyć i w III lidze, ale z Orlętami spotkaliśmy się po ładnych kilku latach.

Korsze, jak mało który klub w powiecie, wie naprawdę co to znaczy III liga. Czy przy obecnej kondycji kadrowej, organizacyjnej i finansowej - klub stać na awans?
— Dla mnie, jako trenera, to sprawa priorytetowa. Chcemy wygrać każdy mecz. Chcemy wygrać ligę. Chłopakom nie brakuje ambicji, chcą zakończyć sezon jak najwyżej. Trzeba jednak spojrzeć realnie na zespół. Przed startem ligi, na spotkaniu zarządu określiliśmy plan minimum: pierwsza piątka. Mamy 3. miejsce, więc nie jest źle. Tylko Wikielec odskoczył dość wyraźnie. Szanse są zawsze, ale wydaje mi się, że już tego nie wypuszczą.

MKS poradziłby sobie z kasą w III lidze? Wzrósłby nie tylko poziom rywali, ale i koszta.
— Trudno mi oceniać, bo to nie ja odpowiadam za finanse. Zarząd działa solidnie, ale to faktycznie znaczne obciążenie finansowe, biorąc pod uwagę choćby wyłącznie wyjazdy. Tam już nie ma kilku kilometrów do sąsiadów. Trzeba jeździć w inne części Polski. W każdym razie: jako drużyna zrobimy wszystko, by w każdym meczu zdobyć 3 punkty. Co będzie dalej? Czas pokaże. III liga nie przypomina już tej sprzed roku. Poziom wyraźnie wzrósł: Huragan Morąg i MKS Ełk w zeszłym sezonie zajmowali odpowiednio 2. i 3. miejsce. Jak jest teraz? Pierwsi są ledwie w środku stawki, a drudzy - w strefie spadkowej.

Motor Lubawa, niedawny dominator IV ligi, po awansie zdobył tam ledwie 1 punkt. Jeden remis, reszta porażki.
— Dokładnie o tym mówię. Po reorganizacji lig zmieniły się realia. Sprawa nie jest taka prosta. Trzeba brać poprawkę na wiele czynników. Myśleć o tym będziemy jednak mogli na koniec sezonu.

Co w wykonaniu MKS Korsze najbardziej szwankowało w tym roku? Stałe fragmenty?
— Przyznaję, że tu mnie złapałeś. Fakt, ze stałych fragmentów - nie licząc karnych - nie zdobyliśmy ani jednej bramki. To coś, nad czym będziemy musieli pracować w okresie przygotowawczym. Myślę, że brakuje nam też nieco odpowiedzialności w grze. Niektórych straconych bramek można było spokojnie uniknąć, gdyby było więcej poszanowania dla piłki. Po jej stracie musimy szybciej organizować się w formacjach. Jeśli to poprawimy - przyniesie to efekty.

W najbliższym czasie szykują się jakieś osłabienia?
— Jak pokazała runda jesienna, niespodzianki mogą być zawsze. Obecnie jednak żadne takie sygnały do mnie nie dotarły.

Będziecie sparowali w większości z solidnymi rywalami. Były jakieś specjalne kategorie, którymi kierowaliście się przy wyborze sparingpartnerów?
— Poza tym, że zespół musi prezentować sensowny poziom, to chyba tylko po prostu dobre relacje z danym trenerem. Gdy szkoleniowcy się znają, łatwiej im umówić pewne rzeczy. Korsze z tym problemów nie mają. Małe zamieszanie pojawiło się tylko wtedy, gdy dostaliśmy telefon z MKS Ełk. Z takimi zespołami po prostu trzeba grać, ale termin mieliśmy już zarezerwowany dla Reszla. Dobrze znam się jednak z trenerem Orląt, więc wspólnie ułożyliśmy to tak, że Korsze mogą zagrać i z jednymi, i z drugimi.

Żaden ze sparingów nie odbędzie się jednak w Korszach. Dlaczego?
— Niestety nie ma warunków do gry. Tym, co bezwzględnie należałoby u nas poprawić, jest baza szkoleniowa. Dysponujemy jednym, jedynym boiskiem, które - jak tylko popada deszcz - nie wygląda najlepiej. Plusem jest to, ze od początku okresu przygotowawczego będziemy mogli korzystać z sali i jej infrastruktury: siłownia, odnowa biologiczna... Pod tym względem już się dużo poprawiło. Boisko treningowe to jednak podstawa. Jest jak jest, będziemy więc przyjmować gości na murawie w Kętrzynie.

Gdy zadzwoniliście do Kętrzyna, by udostępnili Wam boisko, nie kręcili nosem? W końcu ograliście ich 3:0...
— (śmiech) Nie, to jest w końcu biznes. Właścicielem obiektu jest MOSiR. Boisko nie może stać nieużywane, bo wypada, by na siebie zarabiało. My za możliwość gry zapłacimy, więc tego typu kwestie nie mogą wchodzić tu w grę.

rozmawiał: Kamil Kierzkowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages